sandomierz

W wolnej chwili wyskoczyłem sobie do San Domingo (Sandomierza). Miałem godzinkę. Upierniczyłem sobie, że muszę tu zrobić jakieś zdjęcie. Ale nie takie jak wszyscy.

Nie z gwardzistami.

101

I nie może to być zdjęcie rodziny z poziomu gołębia.

102

Nie chciałem robić zdjęć rynkowych detali… to zbyt banalne.

103

By zrobić swoje, upragnione zdjęcie opuściłem rynek pełen błyskających fleszy i cepeliady.
Snułem się po podwórkach, które przeszły gruntowne remonty. Wszędzie jest pięknie, kolorowo, czysto… jak w bajce. Dla mnie zbyt plastikowo.
Zataczałem coraz to szersze kręgi. I wtedy zobaczyłem to.

104

W środku siedział młody człowiek. Szary, niewyróżniający się czymś. Nie palił, nie chlał wińska jak wielu którzy odwiedzają ten obiekt, nie srał… po prostu był. Jak duch.

– co to za budynek? – zagaiłem
– ‚Okrąglak’ panie – odpowiedziała zjawa – Kiedyś dansingi tu były. Dyrektorzy huty przychodzili z żonami, z koleżankami z pracy ;-)… jakie tu były imprezy panie (strasznie mnie rozśmieszał tym ‚panie’). A potem dyskotekę zrobili. Parę lat temu to padło. 
– fajny sufit – ciągnąłem za język swego rozmówcę.

105

– tu jeszcze antresola była. Na niej kawiarnia i kawę tam pili, wyborne alkohole. Ale to wszystko padło. Miasto z tym nic nie robi… teraz marnieje panie.